Moje cudowne, dziecięce, nastoletnie lata to przede wszystkim muzyka. Z racji tego że wychowywałem się ze starszymi kuzynami to już tak naprawdę od kołyski obcowałem z młodzieżową (wtedy) muzyką. Więc gdy byłem przedszkolakiem, kiwałem się do AC/DC, Guns'n'Roses, Accept, Sisters of Mercy i wielu innym.Ale tak naprawdę świadomie pokochałem w listopadzie 2001, kiedy miałem 15 lat i kiedy pierwszy raz usłyszałem zespół o nazwie Lenny Valentino. Wtedy wszystko się zaczęło... Moimi "przyjaciółmi" byli wtedy dwaj panowie radiowcy - 1.Paweł Kostrzewa - od listopada 2002 do końca audycji czyli do czerwca 2005 nie opuściłem ani jednej audycji Trójkowego Ekspresu nadawaną od 19:00 do 21:00 od poniedziałku do czwartku (z kronikarskiego obowiązku - od września 2004 dni emisji nie zmieniły się, za to skrócił się ich czas była to jedna godzina między 20:00 a 21:00), który pokazał wszystko co najpiękniejsze (a przede wszystkim uwielbiany przeze mnie teraz hip-hop, bo mimo że TE to był głównie program o gitarowej muzyce, to rapu było tam bardzo dużo). 2.Piotr Stelmach - z Panem Stelmachem spędzaliśmy głównie noce... to znaczy, że audycje Piotra czarowały między 2:00 a 6:00 w soboty... eh, to były czasy. Dziś tak mnie wzięło na muzyczne wspomnienia. Pamiętam też,że wtedy nosiłem grzywkę a'la indie zespoły i trampki...
Wyjątkowo ciepła końcówka miesiąca... Kwiecień spędzam głównie na trasie Ruda Śląska - Rybnik, Rybnik - Śląska. Kinder Bueno, Energy drinki i kryminały Marka Krajewskiego. W pracy ok, prywatnie również. Przed majowym weekendem mieliśmy dylemat czy spędzić go w Kotlinie Kłodzkiej czy w Borach Tucholskich. Dylemat się rozwiązał... bo zostajemy w domu. Ja się cieszę. Tyle ze spraw bieżących. Teraz temat właściwy. Ostatnio zasłuchuje się w album Tabasko Ostatnia szansa tego rapu. Ogólnie super. Singlem promującym jest utwór Wychowani w Polsce. I oczywiście jest on znakomity. Traktuje o dzieciństwie naszego pokolenia. Zorak, Ostry, Haem i Kochan wspominają tam Pana Kleksa, gumę turbo, Rambo, Arnolda S.,Bruce'a Lee. Dlatego ja chciałbym dorzucić parę moich wspomnień i rzeczy kultowych z tego okresu. Po pierwsze piłka nożna. Okres od 1992 roku, kiedy to sześcioletnim chłopcem będąc obejrzałem wraz z ojcem finał rozgrywek piłkarskich turnieju olimpijskiego w Barcelonie (wtedy to zachwyciłem się Andrzejem Juskowiakiem i tak zostało na długie lata) to okres fascynacji tą dyscypliną. Mój ulubiony okres to lata 90'. Mundial we Francji znam na pamięć, a finał LM z udziałem Bayernu i United minuta po minucie. Także kultowe Cudowne Lata. Kevin, Winnie, Paul. To jest taki mądry serial, serial naszego pokolenia. Gdy teraz oglądam go ponownie niejednokrotnie łza się kręci. Ostry nawija o Schwarcennegerze i Stallone. Tak, byli wtedy kultowi. Natomiast dla mnie najważniejszy był wtedy Jean Claude Van Damme. Nawet kiedyś wysłałem do niego zaproszenie, by przyjechał do mojej Kotliny. Czekałem, czekałem, nie przyjechał... To pierwsza część wspomnień... A muzycznie... Czekamy na te piękne piosenki od Moniki B. Pieśń o stolicy cudowna.
Z racji tego, że dzisiejsze popołudnie pierwszy raz od naprawdę długiego czasu jestem zmuszony spędzać sam (moja połowica na delegacji, dzięki Bogu jutro już wraca), zamulam sięgając w przeszłość. Otwieram foldery z cyferkami 2006, 2007, 2008. I czytam sobie wypociny z tego okresu. Kurczę, z lekkim zażenowaniem, ale taki byłem. Ok, oderwijmy się od tego co było. Obecnie jestem w oddziale, które zlokalizowane jest w mieście, gdzie szaleje pewien znakomity czarnoskóry napastnik o nazwisku Nakoulma. Według mnie obecnie najlepszy napastnik naszej ekstraklasy. A jeżdżąc codziennie do pracy mijam zasłużony obiekt na Roosevelta (obecnie w przebudowie). Tyle z nowinek piłkarskich. Dziś chciałbym zrobić remanent. Biję się w pierś, jestem osobą, która ma tendencje do gubienia. Więc lista. W ostatnim czasie (czyli jakieś 2-3 lata): słuchawki do odtwarzacza - sztuk 3 rękawiczki - sztuk 3 czapki zimowe - sztuk 2 szalik - sztuk 2 klucze do mieszkania (na szczęście się odnalazły) portfel z całą zawartością (też się znalazł) pendrive no i książki. Zgubiłem lub pożyczyłem bez oddania książki, które są bardzo cenne i gdy teraz je wymienię, zrobi się z tego fajna kolekcja. Proszę: Podróże z Herodotem Ryszard Kapuściński Lubiewo Michał Witkowski Gulasz z Turula Krzysztof Varga Możliwość wyspy Michel Houlebecq Popiół i diament Jerzy Andrzejewski O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu Haruki Murakami Radio Armagedonn Jakub Żulczyk Sto lat samotności Gabriel Garcia Marquez Stroiciel lasu Marek Stokowski Opowiadania Jan Himilsbach Bardzo dużo tego.
Strasznie zimny luty. Tak bardzo narzekaliśmy na brak zimy, no to mamy. Ale nie o tym. Jestem handlowcem z krwi i kości. Jestem trenerem. Kurczę, znowu o tym. Ale nie mogę się oprzeć. Jest rok 2007. Jestem na trzecim roku studiów. Słucham głównie smętnego indie, nie mam kasy, piję tanie piwo. Marzę, żeby być belfrem, dziennikarzem, wykładowcą. Obojętnie, byleby nie brać udziału w wyścigu szczurów. Jest rok 2012. Słucham głównie dobrych rapsów. Jestem przedstawicielem twardego marketingu. No i mam pieniądze. Priorytety się zmieniają. A dziś był szczególny dzień, bo dostałem mnóstwo czekolady i piernika w kształcie serca. Opuszczam na jakiś czas moje katowickie dziewczyny (choć w sercu tylko jedna, ta o kręconych czarnych włosach i pięknych oczach, moja Emilka). Powiedziały, że byłem ukojeniem w czasach kryzysu. Czas głosić dobrą nowinę w mieście Bolka,Lolka i Reksia (tylko na tydzień) a później w mieście jednego z najbardziej utytułowanego polskiego klubu piłkarskiego bez rynku i z jednym peronem (na dłużej). Kurczę, to śląskie miasto też kocham. To teraz czas właściwa. Każdy ma takie swoje rzeczy, które go określają, które go określają, które są dla niego charakterystyczne. To mój zbiór: okulary z czarnymi oprawkami To już trzecia para od 2008 roku. Pamiętam, jak wybierałem moją pierwszą w jednym z wałbrzyskich salonów. Optyk powiedział, że takie oprawki nie dla mnie. Okazało się to moich punktem charakterystycznym. długopis z napisem "Polska" Emilka jest najmądrzejsza. Znalazła świetny sposób na to, że gubię wiele rzeczy. Daje mi je w prezencie. Bo to co od niej najcenniejsze. zegarek casio czarno-żółty (batman style) Patrz wyżej - też od Emilki srebrny zegarek z bransoletą Kiedyś codziennie, dziś na specjalne okazje. Prezent od taty. czarny classic niezmiennie. Właśnie kupuję nowe lacoste'y. Obecnie zimowe reeboke i streetowe nike. A na lato pierwszy raz kupię białe. srebrny łańcuszek i medalik nie wiem od kiedy go noszę ale już go nie zdejmę. czarna skrzynka a tam wszystko bluzy z kapturem kurczę, od wielu lat to samo. Odkąd mam narzucony dresscode, te bluzy tylko w weekendy jeszcze niedawno napisałbym, że czeska płetwa, ale przed świętami ogoliłem się na...prawie zero.
A tak muzycznie,to ostatnio u mnie dwie kobiety. Pierwsza to Lana del Rey. Objawienie bloggerów to naprawdę dobra płyta. Ja tu słyszę wiele zapożyczeń. PJ Harvey, Marlena Dietrich ,Kate Moss, Ellie Goulding. I jest dobrze. A druga to Lilu (zabawne że temat Oli odświeżam przed walentynkami - otóż w walentynki 2009 "byłem" na koncercie łódzkiej divy. Cudzysłów zamierzony, bo obcowanie z Lilu zakończyło się jedynie na tym, że widziałem jak siedzi na kanapie, gdyż moja ówczesna partnerka nie czuła klimatu śląskich melanży). Ale wracając do Oli, to zupełnie inna płyta niż La. C/A to raczej śpiewanie niż rap. I mimo, że jest gorzej, to przyjemnie się słucha.
Zaczął się 2012. Ten kawałek internetu jest teraz miesięcznikiem. I pewnie na razie w takiej formie zostanie. O sprawach technicznych tyle. Teraz krótkie podsumowanie roku ubiegłego. Był dobry. I przyznam, że działo się w nim. Chodzi mi tu głównie o dwóch rzeczach przełomowych. W kwietniu oświadczyłem się, natomiast w lipcu zmieniłem pracę. Już nie chcę się tu wynaturzać, dlatego tyle powinno wystarczyć. Poza tym drugi raz widziałem Kanye Westa, kupiłem własny telewizor LCD i mam pakiet cyfrowej telewizji. Akurat "kablówka" to takie marzenie z dzieciństwa. Śmieszne. To teraz jak spędziłem sylwestra. Z moją drugą połówką, bardzo kameralnie, ale bardzo dobrze. Tańczyliśmy, piliśmy gin... Uwielbiam ją. Tyle też powinno wystarczyć. Jakie plany na nowy rok? Nie lubię planować, ale takim celem jest uzyskanie prawa jazdy, kurs zacząłem jeszcze w minionym roku. Kierowcą urodzonym niestety nie jestem, ale zawziąłem się, więc powinno być dobrze. Więcej planów ujawniać nie chcę, ale jeden jest oczywisty, skoro się zaręczyłem... Znowu następuje zasłona milczenia... Na jakie płyty czekam? Znowu nie chcę się napalać, bo te moje zapowiedzi są albo nietrafione, albo w ogóle ich nie ma. Ale na pewno na Westa, bo płyta podobno wczesną wiosną. Przypominam, że Kanye jeszcze nie nagrał albumu, który mi się nie podobał, więc będzie dobrze. Jeszcze oczekuję Nicki Minaj i Pustek. Przyjmijcie najserdeczniejsze życzenia.
10.Oddisee
- Rock Creek Park. Tajemniczy Pan Oddisse i jego instrumentalny hip -
hop namieszał ostro w mojej płytotece. Jest jesiennie, jest subtelnie.
Pan z Machiny napisał, że to w stylu A Tribe Called Quest. I miał rację.
Niszowe, ale fantastyczne.
9.Feist
- Metals. Mimo że to zupełnie inny album od poprzedniej (zwycięskiej u
mnie) płyty z 2007 roku, to cały czas jestem nią oczarowany. Ta płyta
nie jest już taka kanapowa, jest bardziej mroczna, stepowa, preryjna.
Cokolwiek to znaczy.
8.Those
Dancing Days - Daydreams & Nightmares. Niezbyt urodziwe Szwedki
znów w dobrej formie. Choć album został niemiłosiernie skrytykowany,
mnie podoba się dużo bardziej niż debiut. Jest tak dziewczęco, popowo,
że aż chce się słuchać.
7.The
Decemberist - The King is Dead. Znam ten album już od roku. Na początku
pomyślałem że to jakaś zrzynka z wczesnego R.E.M., ale kolektyw ma swój
styl. Fajnie, że zrezygnowali z takiej monumentalności na rzecz
fajnych, zwiewnych, amerykańskich piosenek.
6.Adele - 21. Cholera, to takie banalne że jest tu Adele, bo ona jest wszędzie. Ale, cholera, jej nie da się nie lubić.
5.Bon
Iver - Bon Iver. Na Pitchforku na pierwszym, u mnie na piątym, bo chyba
już odbiegam od takich klimatów. Ale to piękna muzyka, idealna do
podróży. No i gość jest kumplem Westa.
4.Drake
- Take Care. Zaskoczył wszystkich. Był fajny jako dodatek ale nikt nie
spodziewał się tak dojrzałego albumu. Mnie najbardziej podoba się z
pięknymi paniami - Rihanną i Nicki Minaj.
3.The
Roots - Undun. Rutsi rzutem na taśmę wskoczyli na podium. Pewnie narażę
się wielu znawcom, ale to według mnie najlepsza płyta w ich długiej
karierze.
2.Coldplay
- Mylo Xyloto. Zaskoczyłem,prawda? Teraz wszyscy indie-znawcy wieszają
na nich psy, a ja,po dwóch nudnych jak flaki z olejem poprzednich
płytach, jestem zachwycony. Tak,to jest pop. Ale pop który cieszy i
wzrusza. Martin jest wielki i basta.
1.Jay-Z
& Kanye West - Watch The Throne. Krótko. Dla mnie król jest jeden.
Tu jest ich dwóch, bo Jay trochę góruje nad Westem (ale minimalnie).
Może już nie patrzę na tego artystę z dystansem,ale trudno. Są wielcy.
POLSKA:
10.Marcelina
- Marcelina.Było trochę fajnych dziewczęcych płyt z tego klimatu w tym
roku - Iza Lach, Dziun. Ale dla mnie to debiutantka Marcelina nagrała
najbardziej zwiewną, dziewczęcą płytę. Brawo.
9.Tomasz
Andersen - Wbrew wskazówkom. To bardzo dziwna,
schizofreniczna,futurystyczna muzyka. Concept album o przyszłości. Jak
na hip-hop bardzo melodyjny i intrygujący.
8.Renton
- Niech wszystko staje się lepsze.Nie ma siły rażenia debiutu, ale
dali radę. Renton po polsku brzmi bardziej jak Maximo Park niż
wcześniej. Największym atutem cały czas jest Marek Karwowski i jego
głos. Piękne melodie. Fajnie, że wrócili.
7.Muzyka Końca Lata - PKP Anielina. Zmywak, Maki i reszta znów na wysokim poziomie. Nie jest tak dobrze jak na 2:1 dla dziewczyn (pewnie dlatego, że zamienili Karotkę na Olę z Płynów), ale to cały czas urzekające melodie, teksty nawiązujące do starych, licealnych czasów. Przecież ja też pochodzę z małego miasteczka.
6.Julia Marcell - June. Niestety, znów muszę zacząć, że jest gorzej niż poprzednio. Bo Julka wtedy była bardziej sobą. Teraz też jest, ale jakoś ciągnie jej w stronę Florence i takich tam. A Echo jest moją prawie ulubioną piosenką roku. Tak poważnie, Julka jest piękna, mądra, wspaniała. Nasz skarb narodowy prawie tak jak nasi siatkarze.
5.Old Time Radio - Stare radyjko gra dla dzieci.To oni zaczęli alternatywny pop w Polsce 10 lat temu. Ale nie oszukujmy się, wcześniej nagrywali smuty. A teraz...płyta dla dzieci. Jest o zwierzątkach, o miłości rodzicielskiej. Wszystko to otulone taką przyjemną, dziecięcą aurą. Już wiem od czego zacznę edukację muzyczną mojego dziecka.
4.Leszek Możdżer - Komeda. Dojrzewam do jazzu. Komedę uwielbiam. Tak samo jak Marka Hłasko. Ale o muzyce. Możdżer jest bardziej swobodny w Komedzie, taki dekadencji. Wszyscy się ze mną zgodzą, że jest mistrzem.
3.Nosowska - 8.Ktoś napisał, że to aż nudne, że jej się znów udaje. A jednak. Jest dojrzale. Z jednej strony tak klasycznie, a z drugiej Macukowo. Nomada to najpiękniejsza piosenka tego roku. Kasia jest królową polskiej rozrywki, bez dwóch zdań. Kolejny raz to udowadnia.
2.Łona i Webber - Cztery i pół. Mistrz słowa i mistrz bitów znów na fali. Widziałem chłopaków chwilę na Coke'u (zastąpili Q-Tipa) i już wtedy, słysząc przedsmak albumu wiedziałem, że będzie dobrze. Co tu dużo nawijać, płyta pełna wspaniałych podkładów, ciętych, inteligentnych tekstów. I plus za głos pana Maklakiewicza w Honyszke Kojok.
1.Cool Kids of Death - Plan Ewakuacji. A to moje największe zaskoczenie tego roku. Przecież ja nie lubię już indie, ja dojrzałem, większość chłopców w rurkach i trampkach nie. Ale panowie z Łodzi dojrzeli i rozwinęli się ogromnie. Bo to dojrzały album pełen urzekających melodii. Ostry pięknie śpiewa zamiast krzyczeć. Jakby ktoś mi rok temu powiedział, że Kulki będą moją płytą roku, puknąłbym się w czoło. A jednak.
Żyję. I mam się dobrze. Bo ogólnie jest dobrze. Ale przez to, że zbliża się A long december. Skłania mnie to do refleksji. Bo mimo, że mam obok siebie najbliższą mi osobę, która dzielnie mnie znosi, to chciałbym zrobić taki rachunek mojego sumienia. Bo, nie ukrywam, paru osób mi brakuję. Zwłaszcza, że z niektórymi nie ma już możliwości kontaktu.
- R., który zawsze jest i będzie, mimo że jest teraz niezbyt często, a wręcz prawie wcale. Dobry człowiek, jasny umysł. Za bardzo mu słodzę, zwłaszcza, że wiem, że on czyta. Może uda się na święta.
-K., ta od Skandynawii i szalika z Bitlami. Brakuje jej bardzo. A życzenia na urodziny to stanowczo zbyt mało. Jest i będzie bardzo ważna.
- A., której nie widziałem od wieków, raz tylko przemknęła mi na chwilę we Wrocławiu. Mieszane mam uczucia, ale jej również mi brakuje.
- O., która chyba ma do mnie żal, ale cóż zrobić. Za jej donośny głos choć przez chwilę i wałbrzysko-pijacki moment oddałbym pół mojej pensji.
- S., który był lekkoduchem, który był ważny, który... no kurczę, brakuję. -G., to akurat już niemożliwe. Niestety.
- O., kolejna. Jest już mgłą, ale była ważna.
- K., która tak jak ja zaczęła poważne życie, jest już zaręczona. Nie ukrywam, brakuje mi robienia samolotów w parne, czerwcowe, wałbrzyskie wieczory.
To chyba wszystko.Nikogo innego mi nie brakuje. Lecz i tak jest dobrze.
Żyję i mam się dobrze. Zmiana pracy wyszła naprawdę na lepsze. Znów przytyłem, nie palę, w końcu robię prawo jazdy. Tych plusów jest naprawdę dużo. Nie chcę tutaj rozwodzić się nad szczegółami, ale bycie Trenerem w tej firmie sprawia mi ogromną satysfakcję. I tyle w temacie.
Już ponad trzy lata na Śląsku. I co fajne, przez te trzy lata poznałem większość miast tego wspaniałego rejonu. Wszystko zaczęło się w Gliwicach, gdzie mieszkałem, pracowałem naprawdę długo. To miasto kojarzyć mi się będzie zawsze z Sikornikiem, Grotą, PRL-em i Gwarkiem. Trzeba przyznać, że spędziłem tam wiele fantastycznych chwil. Teraz, już od prawie roku, mieszkam w Rudzie Śląskiej, która bardziej jest sypialnią, ale lubię to miejsce, bo kojarzy się z miłością i spokojem. Poznałem też Zabrze, gdzie pracowałem zarówno w centrum jak i na obrzeżach. Ale wspomnienia tutaj są takie sobie. Teraz, w nowej firmie, mamy oddziały w:Katowicach - to miast bardzo lubię, kojarzy mi się ze studiami, Hipnozą, odstresowaniem od rzeczywistości w okresie 2008-2009 i słynnym, piękno-brzydkim dworcem; Rybniku, który znam głównie z przedmieść i pewnej stacji PKP, na której można by kręcić filmy grozy; Bielsko Biała - która już raczej śląskim miastem nie jest, ale należy jeszcze do tego województwa. I słów parę o tym mieście, które mnie dosłownie zauroczyło. Swoim pięknem, spokojem, Bolkiem, Lolkiem i Reksiem, Szyndzielnią i innymi. Gdybym powrócił do natury „uciekacza”, pewnie bym się tam przeprowadził. Ale tak mi dobrze. Z kronikarskiego obowiązku muszę dodać, że bywałem też w Sosnowcu, ale to miast nie zrobiło na mnie dużego wrażenia.
Muzycznie: Nowe Coldplay o dziwo mi się podoba. Postawiłem już krzyżyk na Martinie i reszcie, a tu taka niespodzianka. Wsłuchuję się również w nowego Jacaszka. Glimmer przypomina Treny, ale nie jest już tak dołujący w swoim pięknie.
A ja zacząłem już jesień. Piękna aura z początkiem września. Dziś gdy jechałem do pracy i widziałem dzieciaki na biało-czarno to jakoś im pozazdrościłem. Już skończyłem szkoły wszelakie. Szkoda. Jako że jestem teraz trenerem regionalnym, to mam cztery lokalizacje mojego obszaru. I do Bielska mam chyba największy sentyment. Dużo pracuję, jak zwykle. Mam nadzieję, że już nie przesadzam. Najważniejsze że już nie palę, przez to nie chudnę. Od miesiąca mam również nowe oprawki okularów. Czarne, jak zwykle. Są pewne nawyki, które ciężko mi zmienić - czeska płetwa, czarny classic i czarne oprawki. W tej kwestii jestem dziwakiem. Mimo, że tak naprawdę moim urlopem był w tym roku festiwal w Krakowie, to uważam okres wakacyjny za udany. Kończę go jutro króciutkim (bo wyjeżdżam od razu po pracy czyli około 16:00 a wracam z Emilką w niedzielne południe) nad prawiemorze. Koniec wakacji. I jeszcze muzycznie i jesiennie. Nie, nie czekam ani na Coldplay ani na Tori Amos. A na co: -Feist - bo ciągle jestem nią zauroczony -Julia Marcel - bo to dobra dziewczyna. A Matrioszka świetna. -Nosowska - bo to bardzo dobra artystka. A Nomada jest rewelacyjna. -Alias - uwielbiam gościa. Tyle.
Nie było mnie tu chwilkę. Bo taka jest idea tego skrawka internetu - nieregularnie ale istotnie. Dlatego zaczynamy...
W nowej firmie pracuję już ponad półtora miesiące. Jest... nie
zapeszajmy. Uwielbiam być trenerem, uwielbiam to. Ale nic nie chcę
więcej pisać, bo zawsze łatwo zapeszać.
Konkrety.
Bo przecież chce pisać o czymś konkretnym. O moim guru - Kanye. Czyli relacja z koncertu, który odbył się tydzień temu.
Dlatego po kolei.
Po pierwsze, to ja uciekam już od tzw. alternatywy, a może
pseudoalternatywy, stąd brak mojej obecności na offie w tym roku. A to,
że Kanye West jest moim idolem od 2005 roku nigdy nie było tajemnicą.
Ale od jakiegoś czasu ten jegomość jest dla mnie najważniejszym punktem
muzycznym. Chyba jestem ogromnym fanem tego pana. Kraków jak to Kraków. Komercyjny ale
piękny. W sobotni poranekwyrusziliśmy wraz z towarzyszką mojego życia
pociągiem relacji Zabrze - Kraków. Na początku chwila oddechu w pewnym
hotelu (nie piszę nazwy by nie było reklamy, ale ten hotel bardzo w
porządku) a później od razu na teren festiwalu Coke Live. Tam dołączyli
do nas Paweł i Łukasz. A Łukasz miał pecha, bo przegrał z wysoką
gorączko i mimo że dojechał do Krakowa to na miejscu poległ i po 17 udał
się do akademika. Mimo obietnic że na Westa wróci - nie dał rady.
Biedaczek. Pierwszy raz byłem na tym festiwalu i uważam, że
organizacyjnie najbliżej mu do Opener'a (zresztą ta sama agencja) czyli
poziom wysoki. Jedzenie ok, leżaki (czyli pomysł z offa) były. Tylko
muzycznie jakoś tak... Jak weszliśmy z Emilką to akurat grał Pablobavo z
Ludzikami. Nuda. Później na leżakach posłuchaliśmy Everything
Everything. Bardzo wtórna krzyżówka Coldplay i Vampire Weekend. Następnie już bardziej znani Editors. Tak jak mówię, przejadło mi się to całe indie, ale zespół nie zamulał, było dobrze. Później szybko na Łonę, który zastąpił odwołanego Q-Tipa [sic!]. Jak zwykle, dawał radę, ale byliśmy tylko 20 minut, żeby zając jak najlepsze miejsca pod główną sceną. I teraz punkt kulminacyjny... Ale co tu dużo pisać. Koncert Kanye'go był po prostu magiczny. 2 godziny i 20 minut koncertu marzeń. Zagrał wszystko to co od niego oczekiwałem z klasykami Through the wire i hey mama na czele. Słuchajcie, kto gra na festiwalu tak długo? Będąc na koncercie U2, gdzie było to jedynie ich występ grali tyle. Ok, może i Kanye ma wybujałe ego, ale dał z siebie wszystko. Wspaniały koncert (oby na jesieni wrócił do nas z Jayem - Z promować wspólny album). Dobrze, tyle o samym koncercie, choć mogę go opowiadać bez końca. Po występie nie mieliśmy już siły, dlatego szybko na sok do ogródka piwnego (w kolejce przed nami stał Pusha - T, który jeździ z Kanyem i wskakuje na scenę przy Runaway. Jakoś nie miałem odwagi poprosić o wspólne zdjęcie, choć bardzo chciałem). Złapanie taksówki i szybko zregenerować siły do hotelu. Od rana tradycyjnie. Sukiennice, Wawel, moja księgarnia. Gdy już kupiliśmy bilety powrotne i siedzieliśmy w pizzerii okazało się, że zgubiliśmy aparat fotograficzny... Byliśmy wściekli, mnóstwo zdjęć z koncertu z wspólnych wyjazdów... To popsuło nastrój... Ale tą sytuację muszę opowiedzieć. Bo wybiegliśmy z restauracji i chodziliśmy po wszystkich sklepikach, bo może tam aparat przepadł. Oczywiście bez skutku. I tak pojechaliśmy do domu. A wieczorem Emilka cały czas "truła" mi, że może został w tej restauracji, bo się przesiadaliśmy... Ale ja byłem na tym miejscu gdzie siedzieliśmy wcześniej i nie było... Ale dla świętego spokoju zadzwoniłem tam w poniedziałek... I co się okazało... Był. Pan kierownik okazał się osobą kompetentną i życzliwą i wysłał kurierem aparat... Aż niemożliwe, ale mamy go z powrotem. Pięknie. I na tym kończy się moja opowieść o krakowskim koncercie. Dziękuję za uwagę.