statystyka
RSS
piątek, 10 lutego 2012
c/a
Strasznie zimny luty. Tak bardzo narzekaliśmy na brak zimy, no to mamy. Ale nie o tym. Jestem handlowcem z krwi i kości. Jestem trenerem. Kurczę, znowu o tym. Ale nie mogę się oprzeć. Jest rok 2007. Jestem na trzecim roku studiów. Słucham głównie smętnego indie, nie mam kasy, piję tanie piwo. Marzę, żeby być belfrem, dziennikarzem, wykładowcą. Obojętnie, byleby nie brać udziału w wyścigu szczurów. Jest rok 2012. Słucham głównie dobrych rapsów. Jestem przedstawicielem twardego marketingu. No i mam pieniądze. Priorytety się zmieniają. A dziś był szczególny dzień, bo dostałem mnóstwo czekolady i piernika w kształcie serca. Opuszczam na jakiś czas moje katowickie dziewczyny (choć w sercu tylko jedna, ta o kręconych czarnych włosach i pięknych oczach, moja Emilka). Powiedziały, że byłem ukojeniem w czasach kryzysu. Czas głosić dobrą nowinę w mieście Bolka,Lolka i Reksia (tylko na tydzień) a później w mieście jednego z najbardziej utytułowanego polskiego klubu piłkarskiego bez rynku i z jednym peronem (na dłużej). Kurczę, to śląskie miasto też kocham.
To teraz czas właściwa. Każdy ma takie swoje rzeczy, które go określają, które go określają, które są dla niego charakterystyczne. To mój zbiór:
okulary z czarnymi oprawkami
To już trzecia para od 2008 roku. Pamiętam, jak wybierałem moją pierwszą w jednym z wałbrzyskich salonów. Optyk powiedział, że takie oprawki nie dla mnie. Okazało się to moich punktem charakterystycznym.
długopis z napisem "Polska"
Emilka jest najmądrzejsza. Znalazła świetny sposób na to, że gubię wiele rzeczy. Daje mi je w prezencie. Bo to co od niej najcenniejsze.
zegarek casio czarno-żółty (batman style)
Patrz wyżej - też od Emilki
srebrny zegarek z bransoletą
Kiedyś codziennie, dziś na specjalne okazje. Prezent od taty.
czarny classic
niezmiennie. Właśnie kupuję nowe lacoste'y. Obecnie zimowe reeboke i streetowe nike. A na lato pierwszy raz kupię białe.
srebrny łańcuszek i medalik
nie wiem od kiedy go noszę ale już go nie zdejmę.
czarna skrzynka
a tam wszystko
bluzy z kapturem
kurczę, od wielu lat to samo. Odkąd mam narzucony dresscode, te bluzy tylko w weekendy
jeszcze niedawno napisałbym, że czeska płetwa, ale przed świętami ogoliłem się na...prawie zero.

A tak muzycznie,to ostatnio u mnie dwie kobiety. Pierwsza to Lana del Rey. Objawienie bloggerów to naprawdę dobra płyta. Ja tu słyszę wiele zapożyczeń. PJ Harvey, Marlena Dietrich ,Kate Moss, Ellie Goulding. I jest dobrze. A druga to Lilu (zabawne że temat Oli odświeżam przed walentynkami - otóż w walentynki 2009 "byłem" na koncercie łódzkiej divy. Cudzysłów zamierzony, bo obcowanie z Lilu zakończyło się jedynie na tym, że widziałem jak siedzi na kanapie, gdyż moja ówczesna partnerka nie czuła klimatu śląskich melanży). Ale wracając do Oli, to zupełnie inna płyta niż La. C/A to raczej śpiewanie niż rap. I mimo, że jest gorzej, to przyjemnie się słucha.
poniedziałek, 02 stycznia 2012
coffe and tv
Zaczął się 2012. Ten kawałek internetu jest teraz miesięcznikiem. I pewnie na razie w takiej formie zostanie. O sprawach technicznych tyle. Teraz krótkie podsumowanie roku ubiegłego. Był dobry. I przyznam, że działo się w nim. Chodzi mi tu głównie o dwóch rzeczach przełomowych. W kwietniu oświadczyłem się, natomiast w lipcu zmieniłem pracę. Już nie chcę się tu wynaturzać, dlatego tyle powinno wystarczyć. Poza tym drugi raz widziałem Kanye Westa, kupiłem własny telewizor LCD i mam pakiet cyfrowej telewizji. Akurat "kablówka" to takie marzenie z dzieciństwa. Śmieszne.
To teraz jak spędziłem sylwestra. Z moją drugą połówką, bardzo kameralnie, ale bardzo dobrze. Tańczyliśmy, piliśmy gin... Uwielbiam ją. Tyle też powinno wystarczyć.
Jakie plany na nowy rok? Nie lubię planować, ale takim celem jest uzyskanie prawa jazdy, kurs zacząłem jeszcze w minionym roku. Kierowcą urodzonym niestety nie jestem, ale zawziąłem się, więc powinno być dobrze. Więcej planów ujawniać nie chcę, ale jeden jest oczywisty, skoro się zaręczyłem... Znowu następuje zasłona milczenia...
Na jakie płyty czekam? Znowu nie chcę się napalać, bo te moje zapowiedzi są albo nietrafione, albo w ogóle ich nie ma. Ale na pewno na Westa, bo płyta podobno wczesną wiosną. Przypominam, że Kanye jeszcze nie nagrał albumu, który mi się nie podobał, więc będzie dobrze. Jeszcze oczekuję Nicki Minaj i Pustek.
Przyjmijcie najserdeczniejsze życzenia.
poniedziałek, 19 grudnia 2011
podsumowanie 2011
Tradycyjnie moje podsumowanie.

ŚWIAT:

10.Oddisee - Rock Creek Park. Tajemniczy Pan Oddisse i jego instrumentalny hip - hop namieszał ostro w mojej płytotece. Jest jesiennie, jest subtelnie. Pan z Machiny napisał, że to w stylu A Tribe Called Quest. I miał rację. Niszowe, ale fantastyczne.

9.Feist - Metals. Mimo że to zupełnie inny album od poprzedniej (zwycięskiej u mnie) płyty z 2007 roku, to cały czas jestem nią oczarowany. Ta płyta nie jest już taka kanapowa, jest bardziej mroczna, stepowa, preryjna. Cokolwiek to znaczy.

8.Those Dancing Days - Daydreams & Nightmares. Niezbyt urodziwe Szwedki znów w dobrej formie. Choć album został niemiłosiernie skrytykowany, mnie podoba się dużo bardziej niż debiut. Jest tak dziewczęco, popowo, że aż chce się słuchać.

7.The Decemberist - The King is Dead. Znam ten album już od roku. Na początku pomyślałem że to jakaś zrzynka z wczesnego R.E.M., ale kolektyw ma swój styl. Fajnie, że zrezygnowali z takiej monumentalności na rzecz fajnych, zwiewnych, amerykańskich piosenek.

6.Adele - 21. Cholera, to takie banalne że jest tu Adele, bo ona jest wszędzie. Ale, cholera, jej nie da się nie lubić.

5.Bon Iver - Bon Iver. Na Pitchforku na pierwszym, u mnie na piątym, bo chyba już odbiegam od takich klimatów. Ale to piękna muzyka, idealna do podróży. No i gość jest kumplem Westa.

4.Drake - Take Care. Zaskoczył wszystkich. Był fajny jako dodatek ale nikt nie spodziewał się tak dojrzałego albumu. Mnie najbardziej podoba się z pięknymi paniami - Rihanną i Nicki Minaj.

3.The Roots - Undun. Rutsi rzutem na taśmę wskoczyli na podium. Pewnie narażę się wielu znawcom, ale to według mnie najlepsza płyta w ich długiej karierze.

2.Coldplay - Mylo Xyloto. Zaskoczyłem,prawda? Teraz wszyscy indie-znawcy wieszają na nich psy, a ja,po dwóch nudnych jak flaki z olejem poprzednich płytach, jestem zachwycony. Tak,to jest pop. Ale pop który cieszy i wzrusza. Martin jest wielki i basta.

1.Jay-Z & Kanye West - Watch The Throne. Krótko. Dla mnie król jest jeden. Tu jest ich dwóch, bo Jay trochę góruje nad Westem (ale minimalnie). Może już nie patrzę na tego artystę z dystansem,ale trudno. Są wielcy.



POLSKA:


10.Marcelina - Marcelina.Było trochę fajnych dziewczęcych płyt z tego klimatu w tym roku - Iza Lach, Dziun. Ale dla mnie to debiutantka Marcelina nagrała najbardziej zwiewną, dziewczęcą płytę. Brawo.

9.Tomasz Andersen - Wbrew wskazówkom. To bardzo dziwna, schizofreniczna,futurystyczna muzyka. Concept album o przyszłości. Jak na hip-hop bardzo melodyjny i intrygujący.

8.Renton - Niech wszystko staje się lepsze. Nie ma siły rażenia debiutu, ale dali radę. Renton po polsku brzmi bardziej jak Maximo Park niż wcześniej. Największym atutem cały czas jest Marek Karwowski i jego głos. Piękne melodie. Fajnie, że wrócili.

7.Muzyka Końca Lata - PKP Anielina. Zmywak, Maki i reszta znów na wysokim poziomie. Nie jest tak dobrze jak na 2:1 dla dziewczyn (pewnie dlatego, że zamienili Karotkę na Olę z Płynów), ale to cały czas urzekające melodie, teksty nawiązujące do starych, licealnych czasów. Przecież ja też pochodzę z małego miasteczka.

6.Julia Marcell - June. Niestety, znów muszę zacząć, że jest gorzej niż poprzednio. Bo Julka wtedy była bardziej sobą. Teraz też jest, ale jakoś ciągnie jej w stronę Florence i takich tam. A Echo jest moją prawie ulubioną piosenką roku. Tak poważnie, Julka jest piękna, mądra, wspaniała. Nasz skarb narodowy prawie tak jak nasi siatkarze.

5.Old Time Radio - Stare radyjko gra dla dzieci.To oni zaczęli alternatywny pop w Polsce 10 lat temu. Ale nie oszukujmy się, wcześniej nagrywali smuty. A teraz...płyta dla dzieci. Jest o zwierzątkach, o miłości rodzicielskiej. Wszystko to otulone taką przyjemną, dziecięcą aurą. Już wiem od czego zacznę edukację muzyczną mojego dziecka.

4.Leszek Możdżer - Komeda. Dojrzewam do jazzu. Komedę uwielbiam. Tak samo jak Marka Hłasko. Ale o muzyce. Możdżer jest bardziej swobodny w Komedzie, taki dekadencji. Wszyscy się ze mną zgodzą, że jest mistrzem.

3.Nosowska - 8.Ktoś napisał, że to aż nudne, że jej się znów udaje. A jednak. Jest dojrzale. Z jednej strony tak klasycznie, a z drugiej Macukowo. Nomada to najpiękniejsza piosenka tego roku. Kasia jest królową polskiej rozrywki, bez dwóch zdań. Kolejny raz to udowadnia.

2.Łona i Webber - Cztery i pół. Mistrz słowa i mistrz bitów znów na fali. Widziałem chłopaków chwilę na Coke'u (zastąpili Q-Tipa) i już wtedy, słysząc przedsmak albumu wiedziałem, że będzie dobrze. Co tu dużo nawijać, płyta pełna wspaniałych podkładów, ciętych, inteligentnych tekstów. I plus za głos pana Maklakiewicza w Honyszke Kojok.

1.Cool Kids of Death - Plan Ewakuacji. A to moje największe zaskoczenie tego roku. Przecież ja nie lubię już indie, ja dojrzałem, większość chłopców w rurkach i trampkach nie. Ale panowie z Łodzi dojrzeli i rozwinęli się ogromnie. Bo to dojrzały album pełen urzekających melodii. Ostry pięknie śpiewa zamiast krzyczeć. Jakby ktoś mi rok temu powiedział, że Kulki będą moją płytą roku, puknąłbym się w czoło. A jednak.

wtorek, 29 listopada 2011
take care
Żyję. I mam się dobrze. Bo ogólnie jest dobrze. Ale przez to, że zbliża się A long december. Skłania mnie to do refleksji. Bo mimo, że mam obok siebie najbliższą mi osobę, która dzielnie mnie znosi, to chciałbym zrobić taki rachunek mojego sumienia. Bo, nie ukrywam, paru osób mi brakuję. Zwłaszcza, że z niektórymi nie ma już możliwości kontaktu.

- R., który zawsze jest i będzie, mimo że jest teraz niezbyt często, a wręcz prawie wcale. Dobry człowiek, jasny umysł. Za bardzo mu słodzę, zwłaszcza, że wiem, że on czyta. Może uda się na święta.

-K., ta od Skandynawii i szalika z Bitlami. Brakuje jej bardzo. A życzenia na urodziny to stanowczo zbyt mało. Jest i będzie bardzo ważna.

- A., której nie widziałem od wieków, raz tylko przemknęła mi na chwilę we Wrocławiu. Mieszane mam uczucia, ale jej również mi brakuje.

- O., która chyba ma do mnie żal, ale cóż zrobić. Za jej donośny głos choć przez chwilę i wałbrzysko-pijacki moment oddałbym pół mojej pensji.

- S., który był lekkoduchem, który był ważny, który... no kurczę, brakuję.
-G., to akurat już niemożliwe. Niestety.

- O., kolejna. Jest już mgłą, ale była ważna.

- K., która tak jak ja zaczęła poważne życie, jest już zaręczona. Nie ukrywam, brakuje mi robienia samolotów w parne, czerwcowe, wałbrzyskie wieczory.

To chyba wszystko.Nikogo innego mi nie brakuje. Lecz i tak jest dobrze.
niedziela, 23 października 2011
mylo xyloto

Żyję i mam się dobrze. Zmiana pracy wyszła naprawdę na lepsze. Znów przytyłem, nie palę, w końcu robię prawo jazdy. Tych plusów jest naprawdę dużo. Nie chcę tutaj rozwodzić się nad szczegółami, ale bycie Trenerem w tej firmie sprawia mi ogromną satysfakcję. I tyle w temacie.

Już ponad trzy lata na Śląsku. I co fajne, przez te trzy lata poznałem większość miast tego wspaniałego rejonu. Wszystko zaczęło się w Gliwicach, gdzie mieszkałem, pracowałem naprawdę długo. To miasto kojarzyć mi się będzie zawsze z Sikornikiem, Grotą, PRL-em i Gwarkiem. Trzeba przyznać, że spędziłem tam wiele fantastycznych chwil. Teraz, już od prawie roku, mieszkam w Rudzie Śląskiej, która bardziej jest sypialnią, ale lubię to miejsce, bo kojarzy się z miłością i spokojem. Poznałem też Zabrze, gdzie pracowałem zarówno w centrum jak i na obrzeżach. Ale wspomnienia tutaj są takie sobie. Teraz, w nowej firmie, mamy oddziały w:Katowicach - to miast bardzo lubię, kojarzy mi się ze studiami, Hipnozą, odstresowaniem od rzeczywistości w okresie 2008-2009 i słynnym, piękno-brzydkim dworcem; Rybniku, który znam głównie z przedmieść i pewnej stacji PKP, na której można by kręcić filmy grozy; Bielsko Biała - która już raczej śląskim miastem nie jest, ale należy jeszcze do tego województwa. I słów parę o tym mieście, które mnie dosłownie zauroczyło. Swoim pięknem, spokojem, Bolkiem, Lolkiem i Reksiem, Szyndzielnią i innymi. Gdybym powrócił do natury „uciekacza”, pewnie bym się tam przeprowadził. Ale tak mi dobrze. Z kronikarskiego obowiązku muszę dodać, że bywałem też w Sosnowcu, ale to miast nie zrobiło na mnie dużego wrażenia.

Muzycznie: Nowe Coldplay o dziwo mi się podoba. Postawiłem już krzyżyk na Martinie i reszcie, a tu taka niespodzianka. Wsłuchuję się również w nowego Jacaszka. Glimmer przypomina Treny, ale nie jest już tak dołujący w swoim pięknie.

czwartek, 01 września 2011
nomada
A ja zacząłem już jesień. Piękna aura z początkiem września. Dziś gdy jechałem do pracy i widziałem dzieciaki na biało-czarno to jakoś im pozazdrościłem. Już skończyłem szkoły wszelakie. Szkoda.
Jako że jestem teraz trenerem regionalnym, to mam cztery lokalizacje mojego obszaru. I do Bielska mam chyba największy sentyment.
Dużo pracuję, jak zwykle. Mam nadzieję, że już nie przesadzam. Najważniejsze że już nie palę, przez to nie chudnę. Od miesiąca mam również nowe oprawki okularów. Czarne, jak zwykle. Są pewne nawyki, które ciężko mi zmienić - czeska płetwa, czarny classic i czarne oprawki. W tej kwestii jestem dziwakiem.
Mimo, że tak naprawdę moim urlopem był w tym roku festiwal w Krakowie, to uważam okres wakacyjny za udany. Kończę go jutro króciutkim (bo wyjeżdżam od razu po pracy czyli około 16:00 a wracam z Emilką w niedzielne południe) nad prawiemorze. Koniec wakacji.
I jeszcze muzycznie i jesiennie. Nie, nie czekam ani na Coldplay ani na Tori Amos. A na co:
-Feist - bo ciągle jestem nią zauroczony
-Julia Marcel - bo to dobra dziewczyna. A Matrioszka świetna.
-Nosowska - bo to bardzo dobra artystka. A Nomada jest rewelacyjna.
-Alias - uwielbiam gościa. Tyle.
sobota, 27 sierpnia 2011
happiness loves company
Nie było mnie tu chwilkę. Bo taka jest idea tego skrawka internetu - nieregularnie ale istotnie. Dlatego zaczynamy...
W nowej firmie pracuję już ponad półtora miesiące. Jest... nie zapeszajmy. Uwielbiam być trenerem, uwielbiam to. Ale nic nie chcę więcej pisać, bo zawsze łatwo zapeszać.

Konkrety.

Bo przecież chce pisać o czymś konkretnym. O moim guru - Kanye. Czyli relacja z koncertu, który odbył się tydzień temu.
Dlatego po kolei.
Po pierwsze, to ja uciekam już od tzw. alternatywy, a może pseudoalternatywy, stąd brak mojej obecności na offie w tym roku. A to, że Kanye West jest moim idolem od 2005 roku nigdy nie było tajemnicą. Ale od jakiegoś czasu ten jegomość jest dla mnie najważniejszym punktem muzycznym. Chyba jestem ogromnym fanem tego pana.
Kraków jak to Kraków. Komercyjny ale piękny. W sobotni poranekwyrusziliśmy wraz z towarzyszką mojego życia pociągiem relacji Zabrze - Kraków. Na początku chwila oddechu w pewnym hotelu (nie piszę nazwy by nie było reklamy, ale ten hotel bardzo w porządku) a później od razu na teren festiwalu Coke Live. Tam dołączyli do nas Paweł i Łukasz. A Łukasz miał pecha, bo przegrał z wysoką gorączko i mimo że dojechał do Krakowa to na miejscu poległ i po 17 udał się do akademika. Mimo obietnic że na Westa wróci - nie dał rady. Biedaczek. Pierwszy raz byłem na tym festiwalu i uważam, że organizacyjnie najbliżej mu do Opener'a (zresztą ta sama agencja) czyli poziom wysoki. Jedzenie ok, leżaki (czyli pomysł z offa) były. Tylko muzycznie jakoś tak... Jak weszliśmy z Emilką to akurat grał Pablobavo z Ludzikami. Nuda. Później na leżakach posłuchaliśmy Everything Everything. Bardzo wtórna krzyżówka Coldplay i Vampire Weekend. Następnie już bardziej znani Editors. Tak jak mówię, przejadło mi się to całe indie, ale zespół nie zamulał, było dobrze. Później szybko na Łonę, który zastąpił odwołanego Q-Tipa [sic!]. Jak zwykle, dawał radę, ale byliśmy tylko 20 minut, żeby zając jak najlepsze miejsca pod główną sceną.
I teraz punkt kulminacyjny... Ale co tu dużo pisać. Koncert Kanye'go był po prostu magiczny. 2 godziny i 20 minut koncertu marzeń. Zagrał wszystko to co od niego oczekiwałem z klasykami Through the wire i hey mama na czele. Słuchajcie, kto gra na festiwalu tak długo? Będąc na koncercie U2, gdzie było to jedynie ich występ grali tyle. Ok, może i Kanye ma wybujałe ego, ale dał z siebie wszystko. Wspaniały koncert (oby na jesieni wrócił do nas z Jayem - Z promować wspólny album). Dobrze, tyle o samym koncercie, choć mogę go opowiadać bez końca.
Po występie nie mieliśmy już siły, dlatego szybko na sok do ogródka piwnego (w kolejce przed nami stał Pusha - T, który jeździ z Kanyem i wskakuje na scenę przy Runaway. Jakoś nie miałem odwagi poprosić o wspólne zdjęcie, choć bardzo chciałem). Złapanie taksówki i szybko zregenerować siły do hotelu. Od rana tradycyjnie. Sukiennice, Wawel, moja księgarnia. Gdy już kupiliśmy bilety powrotne i siedzieliśmy w pizzerii okazało się, że zgubiliśmy aparat fotograficzny... Byliśmy wściekli, mnóstwo zdjęć z koncertu z wspólnych wyjazdów... To popsuło nastrój... Ale tą sytuację muszę opowiedzieć.
Bo wybiegliśmy z restauracji i chodziliśmy po wszystkich sklepikach, bo może tam aparat przepadł. Oczywiście bez skutku. I tak pojechaliśmy do domu. A wieczorem Emilka cały czas "truła" mi, że może został w tej restauracji, bo się przesiadaliśmy... Ale ja byłem na tym miejscu gdzie siedzieliśmy wcześniej i nie było... Ale dla świętego spokoju zadzwoniłem tam w poniedziałek... I co się okazało... Był. Pan kierownik okazał się osobą kompetentną i życzliwą i wysłał kurierem aparat... Aż niemożliwe, ale mamy go z powrotem. Pięknie.
I na tym kończy się moja opowieść o krakowskim koncercie.
Dziękuję za uwagę.
sobota, 09 lipca 2011
rzeka dzieciństwa
I stało się. Zmieniam pracę. Wczoraj byłem na ostatnim etapie rekrutacji na trenera w firmie ... . Trwał 2,5 godziny i przez ten czas wypiłem 4 szklanki wody. Przyznam, że ogromnie zależało mi na tej pracy. Nie tylko ze względu na kasę, ale także na atmosferę i to, że dyrektorem handlowym jest tam jedna z największych gwiazd polskiego call center. Pracować z takimi ludźmi to zaszczyt. A to, że o decyzji przyjęcia pani prezes informuje mnie w sobotni poranek też jest specyficzne. Ale pozytywne. W poniedziałek jadę podpisać umowę, we wtorek zaczynam działać.
Gdy poinformowałem o tym moją załogę z obecnej firmy to... Smutno było. W końcu prawie trzy lata. Zostaną przyjaciółmi. A wczoraj pożegnanie w PRLu. Nie wpisałem się tylko ze względu na garderobę, bo wszyscy mężczyźni w koszulach, tak elegancko, a ja w t-shircie z Jeżem Jerzym... Mam słabość do kreskówek.
Dzisiejszy mały sukces uczciliśmy również dziś. Wizytą w SCC. Nie lubię tego, ale dla Emilki się poświęcam. Ale nie było tak źle. Zakupiłem koszulkę z Wredniakiem (kreskówki, a jakże), kieszonkowe wydanie (zboczenie wynikające z fascynacji Murakiamim) Psa Baskervillów i najlepsze sajgonki jakie jadłem.
A jutro trzeba zakupić nowe koszule... W końcu będę trenerem w innym miejscu.
No i wakacyjnie. Wolnego nie będzie, dlatego została słoneczna muzyka. Polecam coś nietypowego dla mnie. Jak rzecze inżynier Mamoń najlepsze piosenki to takie, które już dobrze znamy. Dlatego album z coverami. Wiecie, Grechuta, Krajewski, Niemen. Wiadomo, klasyka. Ale w sosie... reggae. Tak, aż sam się sobie dziwię, bo to przecież nie moja bajka, ale Malleo z zespołem i gośćmi (w tym moja faworytka od lat - Lilu) świetnie interpretuje klasyków. A to pana Darka mam szacunek od momentu, kiedy dwa lata temu stał obok mnie na koncercie Lecha Janerki i znał dosłownie wszystkie teksty mistrza. Najlepszy jest Gutek w Korowodzie II.
środa, 15 czerwca 2011
panika

Chciałbym podziękować...

Dziękuję za Emilkę

Dziękuję za moich rodziców

Dziękuję za Pawła

Dziękuję za Didula i resztę

Dziękuję za Bercika i Olę

Dziękuję za Kasię

Dziękuję za Emilkę

Dziękuję za Murakamiego

Dziękuję za Wałbrzych

Dziękuję za Gliwice

Dziękuję za Rudę Śląską

Dziękuję za Batmana

Dziękuję za Magika

Dziękuję za Bitelsów

Dziękuję za wszystko

Dziękuję za Emilkę

Bo trzeba doceniać to co się ma...

środa, 25 maja 2011
a little help from my friends
Mój nieregularnik pisany zależy obecnie od stanu chwili. Teraz mam taki stan, że mi się chcę. Po prostu. Ostatnio dopadła mnie chęć zmian. Ale o tym może kiedy indziej... Niedawne urodziny Pawła ogromnie udane. Dawno niewidziane miejsce (kurczę, fajnie się mieszkało na Sikorniku, na pewno będę zawsze ciepło wspominał), dawno niewidziani ludzi. Takich chwil potrzebowałem. Darcie się w niebo głosy podczas jazdy autobusem.
A teraz też z potrzeb chwili... Bo ten blog miał być zimny, subiektywny i daleki od uczuć. Ale muszę... Bo pisałem, że Emilka nie jest już moją dziewczyną... Prawda, bo od 18 kwietnia jest moją narzeczoną. I przez prawie pół roku mieszkania razem stwierdzam, że już nic mi do szczęścia nie brakuje. Znowu banalnie i infantylnie.
O reszcie jakoś mi się nie chce pisać.
Nowa płyta Gibbarda i reszty już jest. Na razie oceniam na chłodno.
Myslovitz już za parę dni. Mieliśmy być w sobotę na ich koncercie, ale zrezygnowaliśmy z powodu pogody. Zrekompensowały nam to (i tu dowcipna parafraza:)
-Szampan z biedronki - 4,79 zł
-Hot dogi - ok 6 zł za sztukę
-pakiet telewizji cyfrowej z HBO - 39 zł /mies.
-leniwy, spokojny, sobotni wieczór - bezcenne

Kiedyś,dawno temu było tu o debiucie Mikołaja Łozińskiego. Właśnie wydał drugą książkę zatytułowaną ... Książka. Kurczę, już nikt tak dawno nie pisał tak pięknie o takich zwyczajnych rzeczach. Chyba książka roku. A później powrócę do Nocy i Dni.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24